środa, 14 września 2016

Rozdział I

I
316 Rok Po
(Trzeci Dzień Miesiąca Kolorów)


Stoimy i czekamy.
Stoimy w strzelistym budynku z cegły, z dwoma wieżami, ozdobionym witrażami, które przechodzącemu światłu nadają rozmaite barwy. Posadzka zrobiona jest z płyt z prawdopodobnie ciemnego marmuru. Nie ma żadnych ław ani krzeseł.
Są za to obrazy.
I rzeźby.
Przedstawiają one rozmaite postacie, o których istnieniu nie mam nawet pojęcia. Są tak misternie wykonane, że boimy się ich dotknąć, aby ich nie uszkodzić. Podpisane Mową Przed więc nie umiem ich odczytać. Sądzę, że przedstawiają ważne osoby ze Starej Religii.
Patrzę na sufit i widzę niebo.
A raczej gwiazdy namalowane na suficie.
Niesamowite.
Ale najbardziej niesamowita jest wisząca naprzeciw nas płaskorzeźba.
Chociaż po bliższym poznaniu widać, że to są prawie całe figury. Z drewna, nie wiem jakiego, ale z najmniejszymi detalami. Stoję od nich ze trzy miary i widzę wyrzeźbione z oddaniem nawet żyły na rękach, zmarszczki oraz usta.
Robi wrażenie.
Nagle ciszę przerywają kroki.
Podchodzą do nas w jasnofioletowych szatach z białymi lamówkami.
Kapłani.
Dają nam w milczeniu sakiewki i zielone wstęgi. Najstarszy z nich pokazuje nam żebyśmy przywiązali je do sakiewki. Po chwili wykonują dziwne gesty i kropią nas wodą. Najstarszy wykonuje po chwili odpędzający gest ręką. Nie za bardzo wiem czy to początek kolejnego seansu ale gdy widzę, że inni wychodzą, pośpiesznie do nich dołączam.
Po wyjściu na zewnątrz z ciekawością otwieram sakiewkę i nieruchomieję ze zdziwienia.
Mała książeczka oraz zestaw nici i igieł.
Niemożliwe!
Gmeram jeszcze w środku i z ulgą wymacuję dwie monety.
Srebrne.
No po prostu świetnie-wzdycham.
Patrzę na innych i widzę zarówno naburmuszone twarze jak i rozradowane. Wzruszam ramionami, niech się cieszą, dwie srebrne to ani bieda ani bogactwo. Po chwili widzę jak niektórzy odwiązują wstążkę i ją chowają. Ja ją zostawiam. Przecież nie daliby jej gdyby nie była potrzebna, prawda? Chociaż muszę przyznać, że to najbrzydszy odcień zielonego jaki widziałam. Do tego tak jakby się świeci. No cóż. Najpierw trzeba znaleźć nocleg, potem się umyć, tak to najważniejszy punkt na mojej liście bo po tygodniowej podróż śmierdzę niczym galazo. I jeszcze trzeba zobaczyć co jest w tej książeczce. Tak zmotywowana ruszam na poszukiwania gospody.



Okrąża Rynek i wchodzi w jedną z ulic. Tabliczka jest zatarta ale w powietrzu czuć tak dobrze jej znaną woń świeżego pieczywa. Prawie wszystkie budynki to piekarnie i cukiernie.
Podchodzi do jednej z witryn i widzi czekoladowy tort ozdobiony marcepanowymi różyczkami w złotym odcieniu. Obok stoi różowy tort, prawdopodobnie truskawkowy, cały lukrowany. Na ten widok cieknie jej ślinka. Do tego jeszcze ten zapach. No nie może! Po prostu musi coś kupić!
Weszła budząc jednocześnie odgłos dzwoneczka oznajmiającego jej przybycie.
W całym pomieszczeniu czuć było słodki zapach.
Przy ladzie stał trochę więcej niż tęgi jegomość w średnim wieku, ubrany w fartuch poplamiony różnymi rodzajami ciast i barwnikami. Właśnie dekorował bratkami białe ciasto.
- Dzień dobry! -przywitał ją przyjaznym, miękkim głosem. Wytarł ręce w fartuch (I dziwić się, że taki brudny!) i wyciągnął przed siebie.
- Dzień dobry - odpowiedziała i uściskała podaną jej dłoń.
- A co panienka tu robi? - spytał zaciekawiony. Po chwili zmarszczył nos ale nic nie powiedział. Była mu za to wdzięczna i jednocześnie wpadła na pomysł jak szybko znaleźć dobrą gospodę.
- Poszukuję noclegu ale jestem tu nowa i nie wiedziałam gdzie pójść najpierw, a potem... No cóż...- uśmiechnęła się - zaczarowały mnie te wspaniałe zapachy dochodzące z tej ulicy, a gdy zobaczyłam te arcydzieła - wskazała ręką na witrynę - poczułam olbrzymią pokusę na coś pysznego.
Uśmiechnął się mile połechtany komplementami.
- Może mogę ci pomóc - zaciekawiona nadstawiła ucha - ale najpierw zapraszam na rogaliki z marmoladą! Właśnie będę je wyciągał z pieca - ruszył żwawym krokiem na tyły cukierni.
Podążyła za nim. Bo cóż innego mogła zrobić?


- Wspaniałe - wzdycham sięgając po filiżankę z herbatą i z żalem patrząc na pusty już talerz po rogalikach.
- Dziękuję - odpiera Barney rumieniąc się lekko. Zauważyłam, że pochwały zawstydzają tego miłego pana ale też, że je bardzo lubi.
- Mówił pan...- zaczynam delikatnie odstawiając naczynie na spodek.
- Że mogę ci pomóc - dokańcza. No tak, wpadanie w słowo do pierwsza wada jaką u niego poznałam.
- Tak - stwierdzam po prostu i czekam, aż zacznie.
- No więc tak... Czy zechciałabyś tu pracować?
W mojej głowie pojawiają się słowa babci:
Pracę musisz znaleźć jak najszybciej, bo bez pracy nie ma pieniędzy a bez pieniędzy nie ma jedzenia. Bez jedzenia nie ma... no tu już nie muszę chyba nic dodawać moje dziecko...”
- Hmmm... - W sumie... czemu nie? Nie wiadomo kiedy znalazłabym pracę a ta spada jak gwiazdka z nieba pod moje nogi. No właśnie, pod moje... Czy mam prawo mieć takie szczęście? Wiele razy w życiu mówiono mi żebym nie ufała obcym. Chociaż on robi na mnie miłe wrażenie. Ale czemu...
- A z jakiego powodu oferuje mi pan pracę? - Uśmiecha się jakby doceniając moją nieufność.
- Ponieważ wiem, że dla was, nowych – wskazuje na wstążkę przy sakiewce – priorytetem jest zdobycie pracy. Dlatego co roku ją wam oferuje. W moim zakładzie pracowało już dziewięciu „świeżych” – unoszę brwi na to nowe określenie – a dwóch z nich zostało po roku moimi czeladnikami. Jeśli się zgodzisz poznasz jednego.
- To dziś go nie ma? - pytam rozglądając się. Może gdzieś się schował?
- Nie – śmieje się widząc moje zainteresowanie – ma dziś wolne jak co miesiąc – dodaje jakby od niechcenia, ale doskonale zdaję sobie sprawę, ze chce mnie przekonać.
- Mogę się zastanowić – zaczynam - ale jakie jest wynagrodzenie? - uśmiecha się szeroko:
- Jeżeli tylko to jest barierą... Na początek dziesięć miedziaków dziennie bo jesteś początkująca ale po miesiącu dobrze wykonanej pracy, jeśli się spiszesz to nawet trzynaście miedziaków.
Mrugam oczami przyswajając dopiero co zdobyte wiadomości. Dziesięć brązowych na miesiąc... I to na początek...Nawet, nawet. Uśmiecham się zadowolona. Ale nie dam mu takiej satysfakcji, niech nie myśli, że zbyt pochopnie podejmuję decyzję.
- Muszę się jeszcze zastanowić – wybucham śmiechem się na widok jego zmartwionej miny – ale jutro rano dam panu znać.
- Dobrze ale nawet jeśli nie będziesz tu pracować masz się zwracać do mnie po imieniu – zastrzega.
- Dobrze proszę... - kiwa palcem ale ma rozbawioną minę – Dobrze Barney`u – wydaje się usatysfakcjonowany. Zbieram się do wyjścia – a ile za rogaliki i herbatę? - pytam przy drzwiach. Macha ręką.
- Nic – protestuję ale on mówi – zawsze częstuje „świeżych” - puszcza oko.
- Gospoda „Pod Krukiem”! - kiwam głową w podziękowaniu i wychodzę.


Gospodę „Pod Krukiem” nie łatwo było znaleźć ale udało się. Po drodze sprawdziła ceny w innych gospodach i ta nie była zbyt wygórowana. Nawet miała prywatną łaźnię co od razu przypadło jej do gustu.
- Dziewięć miedziaków za noc do tego wliczony podwójny wstęp do łaźni i trzy posiłki dziennie.
- Siedem i dwa posiłki.
- Osiem i pół.
- Osiem, do tego w miarę moich możliwości mogę pomóc w obsłudze gości – dodaje wiedząc, że gospodyni się skusi. I miała rację.
- Może być – gospodyni wyciągnęła rękę – opłata z góry – spojrzała na nieznajomą z nieufnym wyrazem twarzy, który znikł na widok monet.
- Na miesiąc to będzie osiem brązowych, prawda? - spytała wyciągając srebrną monetę. Właścicielka popatrzyła na nią z iskierkami w oczach.
- Na trzy miesiące z góry mogę zaproponować dwadzieścia trzy.
- Z chęcią – dziewczyna dała jej srebrnego i otrzymała resztę.
- Witam w gospodzie „Pod Krukiem”


Rozglądam się po moim pokoju.
Mieści się w nim łóżko, szafka i stolik. Po wewnętrznej stronie szafy znajduję lustro. Dobrze, przynajmniej będę wiedziała jak wyglądam. Uśmiecham się do odbicia. Lecz po chwili rzednie mi mina gdy widzę w jakim stanie są moje włosy. Przejeżdżam po nich dłonią próbując je przygładzić ale nic z tego. Misternie upleciony kłos z moich długich, ciemnobrązowych włosów zamienił się w postrzępiony warkocz. Do tego sterczą mi na wszystkie strony.
Ech. No muszę się wykąpać.
Schodzę z płaszczem kąpielowym i domowym mydłem o zapachu lawendy. Muszę się odprężyć po pięciodniowej podróży do miasta.
Gdy wchodzę do łaźni widzę pośrodku basen. Pewnie z chłodną wodą. Dookoła znajdują się mniejsze baseniki, znad których unosi się para. Do tego do dyspozycji mam parawan dzięki, któremu zyskuję trochę prywatności. Widzę jeszcze miskę z szarym mydłem i stos czystych ręczników. Obok jest wiklinowy kosz. Prawdopodobnie na brudne.
Biorę jeden i zasuwam parawan.
Wchodzę do rozkosznie gorącej wody i patrzę po wnętrzu. Ściany są z cegieł, ale podłoga jest już z ułożonych kolorowych kamyków. Próbuję dostrzec jakiś wzór ale nic nie widzę.
Namydlam włosy i dookoła rozchodzi się przyjemny dla nosa zapach.
Nie żałuję mydła bo wiem, że w pokoju mam jeszcze całkiem spory zapas o różnych zapachach.
Prawdziwa dama ma mydła o różnym zapachu, dla różnych nastrojów. Na przykład lawenda jak wiesz jest odprężająca a pomarańcza pomoże ci zacząć nowy dzień w dobrym nastroju.”
Oczywiście oprócz pomarańczy i lawendy są jeszcze o woni maliny, aloesu i wielu innych. Szczerze mówiąc to nie wiem dokładnie co mam w jukach. Dostałabym za to sporą burę od matki. Chociaż ciekawe jest jakim sposobem mi tego wszystkiego nie skonfiskowali?
Podczas gdy ja miałam trzy sakwy, reszta miała po co najwyżej dwie. A wiadomo przecież, że nie wolno przywozić dużej ilości rzeczy ze sobą...
Moje rozmyślania przerywają głosy zza parawanu:
- A słyszałaś, że jakiś Świeży – czuję się jak owoc – obrabował Jeremiego?
- Tak, a ty słyszałaś, że zamierzają go odesłać?
- No coś ty! Pierwszego dnia? - Pierwsza ma głos pełen niedowierzania..
- Sama słyszałam! - Druga z zapałem mówi dalej: - Podobno zostały wprowadzone nowe zasady, które ZOSTAŁY wpisane do Księgi.
- Oni chyba nigdy się nie nauczą, że najpierw wartowałoby do niej zajrzeć niż robić głupoty na samym początku – rzekła oburzona. Po chwili słychać chichot.
- A... a pamiętasz jak ty poszłaś...- śmiech – w audiencję do Najwyższego … bo … bo... - drugi wybuch śmiechu. Niestety nie słyszałam co dalej bo zasunęły swój parawan i słychać było już tylko stłumione wybuchy śmiechu i niewyraźne głosy.
Zamyśliłam się. Muszę przeczytać tą Księgę. Zobaczę czy to ta w sakiewce. Szczerze mówiąc wydaje mi się za mała ale i tak trzeba sprawdzić. No bo raczej nie chcę zostać wyrzucona z miasta z byle jakiego powodu.
Kończę się myć i zakładam mój fioletowy płaszcz. Włosy zawijam w ręcznik i suszę je na tyle na ile to możliwe. Potem wrzucam go do kosza. I idę na górę.
Po drodze mijam pełną zapachów kuchnię. Mniam. Nawet nie zauważyłam, że już tak późno. Pewnie zbliża się pora obiadu.
Przebrałam się beżową koszulę, na którą narzuciłam brązowy kaftan do kolan. Rajstopy i buty podróżne, które szczerze mówiąc warto by wyczyścić, co mogę zrobić wieczorem. Patrzę na odbicie i stwierdzam, że trochę utyłam. To przez te babcine ciasteczka! Bo przecież niemożliwe, aby to przez te pyszne rogaliki z marmoladą. No nic. Zakładam pas i przywiązuję sakiewkę. Ten zielony nijak mi nie pasuje. Idę na obiad.
Jadalnia jest pełna osób. Znajduję sobie miejsce w kącie, przy małym stoliku. Mam widok na ladę i drzwi wyjściowe. Po chwili pomocnica kuchenna wraz z gospodynią wnoszą ogromny kocioł z zupą i wieszają go nad paleniskiem. Roznosi się boski zapach drażniący mój pusty żołądek. Rosół. Ślinka mi cieknie do ust. Właśnie tego potrzebuję. Podchodzę z innymi po miskę i łyżkę i staję w kolejce.
Po pożywnej zupie pełnej mięsa i warzyw jest jeszcze drugi posiłek ale nie mam na niego ochoty. Wychodzę za to na zewnątrz, żeby pozwiedzać miasto.

Dziewczyna rozglądała się dookoła niepewna gdzie jest. Przecież daleko nie zaszła! Ruszyła w stronę, z której przyszła, lecz trafiła na swego rodzaju park. Pośrodku biegła kamienna alejka, wzdłuż niej ciągnęły się latarnie. Zaczynało się robić późno, więc jak najprędzej chciała dotrzeć do gospody. Przecież to niemożliwe! Pierwszy raz się zgubiła! Nigdy nie przydarzyło jej się coś podobnego! Nawet w lesie w nocy potrafiła odnaleźć prawidłową drogę! Przeszła jeszcze kawałek i trafiła ma mały plac. Było jeszcze sporo ludzi robiących ostatnie przed zmierzchem zakupy. Uspokoiła się i zaczęła pytać o drogę.
  • Gospoda „Pod Krukiem”? Nie wiem ale mogę polecić...
  • „Pod Krukiem”? Nie... tu w okolicy takiej nie ma, musi być po drugiej stronie miasta.
Drugiej stronie? Zmieniła pytanie.
  • Budynek z dwoma wieżami? Chodzi ci o Stary Dom? - kiwnęła niepewnie głową – To musisz iść tędy – starsza pani wskazała na wąską uliczkę, która bynajmniej zachęcająco nie wyglądała. - Jeśli pójdziesz prosto to za pół godziny trafisz. - Uśmiechnęła się i poszła dalej. No nic.
Szła już z piętnaście minut gdy ktoś ją popchnął. Zapadał zmrok, więc mignęła jej tylko ciemna sylwetka.
Błyskawicznie wymierzyła cios i dobiegł ją stłumiony jęk. Odwróciła się jednocześnie obserwując otoczenie i posłała postać na ziemię dzięki kopnięciu w splot słoneczny. Nagle z tyłu, ktoś chwycił ją za bezrękawnik. Mignął jej błysk metalu. Zapewne nóż. Prychnęła z pogardą i naparła mocno do przodu wysuwając prawą nogę dla podtrzymania równowagi. Odpięła pas i kaftan jednym pociągnięciem. Dzięki ci babciu!
Napastnik nieprzygotowany i pociągnięty do przodu poleciał na nią siłą bezwładu, ale obróciła się i wybiła mu nóż z ręki. Kopnęła broń poza zasięg tamtego i ogłuszyła go uderzając otwartymi rękami uszy. Padł na ziemię jak poprzednik.
Rozglądnęła się próbując dostrzec jeszcze kogoś i zauważyła zbliżającą się grupę. Szybko wyjęła z cholewy buta nóż i przysunęła się pod ścianę.
Blask pochodni przybliżał się coraz szybciej a ona uspokoiła się widząc Strażników. Schowała nóż i czekała wraz z jęczącymi u jej stóp złodziejami. Była pewna, ze to oni, gdyż mieli obdarte odzienie, które zauważyła w coraz jaśniejszym świetle.
  • Nic pani się nie … - mężczyzna w cywilnym fartuchu zawahał się na widok leżących postaci – stało? - wyjąkał.
  • Ci – trąciła butem najbliższego – chcieli mnie okraść. - Założyła ręce i czekała na wypowiedź tamtych.
  • Tak właśnie myślałem, że będą chcieli ci zrobić krzywdę, bo śledzili cię już od jakiegoś czasu, więc zawiadomiłem Strażników. - że co? Naprawdę musiała być zmęczona skoro ich nie zauważyła wcześniej. Zadrżała z zimna. Widząc to tamten schylił się i podał jej ubiór, który leżał na ziemi. Założyła kaftan i od razu zrobiło jej się cieplej.
  • Dziękuję. A tak w ogóle to od kiedy jesteśmy na ty? - Wyraźnie się zmieszał. Cała twarz wyglądała, szczerze powiedzmy, jak burak. Blond włosy jeszcze to podkreślały. Popatrzyła w jego niebieskie oczy czekając na odpowiedź.
  • Jestem Brus... - ale nie zdążył dokończyć.
  • Nazwisko? - Spytał się jej szorstko jeden ze strażników. Prawdopodobnie sierżant sądząc po barwach.
  • Merbeke – odparła bezczelnym tonem. Natychmiast zauważyła zmianę w postawie Strażników.
  • Bardzo przepraszam – kiwnęła głową – zaraz sporządzę raport i odprowadzimy panienkę do... - zamilkł, nie wiedząc dokąd miałby ją zaprowadzić. Wyręczyła go.
  • Mam pokój w gospodzie „Pod Krukiem” - powiedziała, że chłopak wyraźnie drgnął przy tej informacji, to dobrze – ale nie potrzebuję eskorty – dowódca nie wyglądał na przekonanego.
  • Ale może się panience coś stać... - popatrzyła na niego takim wzrokiem.... Spojrzał na złodziejaszków, potem znowu na nią. Nie, nie wyglądała na kogoś kto potrzebuje ochrony. To raczej ci co ją spróbują podejść będą jej potrzebować. I to bardzo. Kiwnął głową na pożegnanie i wskazał na ziemię.
  • Tych dwóch mi do aresztu.
Szli w milczeniu. Wyraźnie chciał coś powiedzieć ale była już tak zmęczona, że tego nie zauważyła.

  • Lepiej by było dla nich gdyby tego nie próbowali zrobić – odezwał się w końcu.
  • Ano lepiej – westchnęła.
Znowu milczenie. W końcu dotarli do gospody. Było już dobrze po wieczornym posiłku więc musieli trochę poczekać, aż właścicielka otworzy im drzwi. Nawet się nie zdziwiła widząc ich o tej porze. Ofuknęła ich tylko i kazała iść do pokoi. Brus wziął kaganek i wspięli się razem do góry.
  • Który pokój zajmujesz? - spytał.
A co cię to obchodzi? - odwróciła się nagle z gniewną miną. Była zmęczona i zła, że już na starcie musiała ujawnić swoje nazwisko. A miało być tak pięknie! Nikt by nie wiedział kim jest. Wszystko przez niego. Popatrzyła się na niego z wrogością. Odwróciła się na pięcie i ruszyła do drzwi. Już było jej wszystko jedno, że będzie wiedział, które to są jej. Stanęła i zaczęła szukać klucza. Światło nie znikło więc się spojrzała w jego stronę. Z zaskoczeniem stwierdziła, że ma pokój na tym samym piętrze. Popatrzył na nią.
  • A zdradzisz chociaż imię?
  • A nazwisko ci nie wystarczy? - odparła opryskliwie, mając nadzieję, że go spławi. Pokręcił przecząco głową. Cóż za tupet! Zrezygnowana przekroczyła próg. Bynajmniej nie zamierzając dzielić się imieniem.
Weszła szybko do środka i zamknęła drzwi na klucz i zasuwę. Niewiarygodne co może się zdarzyć w ciągu jednego dnia! Wyczerpana doszła po ciemku do łóżka. Od razu zasnęła.


Na razie tyle... Jeśli ktokolwiek to przeczyta to następny rozdział wstawię 25 września br.
/Shanirizi

Cześć!

 Cześć wszystkim!
Od razu mówię, jestem nowa  i wiem, że pisanie nie wychodzi mi świetnie, ale myślę, że da się czytać.
Ostrzegam, akcja rozwinie się później więc nie rezygnujcie po pierwszym... drugim... trzecim... rozdziale. Serio mówię.
No cóż, zaczynajmy!
PS Nie mam pojęcia jaki dać tytuł, więc na razie... no wiecie, poczekam z tym ;)
/Shanirizi