I
316
Rok Po
(Trzeci
Dzień Miesiąca Kolorów)
Stoimy i czekamy.
Stoimy w strzelistym budynku z cegły,
z dwoma wieżami, ozdobionym witrażami, które przechodzącemu
światłu nadają rozmaite barwy. Posadzka zrobiona jest z płyt z
prawdopodobnie ciemnego marmuru. Nie ma żadnych ław ani krzeseł.
Są za to obrazy.
I rzeźby.
Przedstawiają one rozmaite postacie,
o których istnieniu nie mam nawet pojęcia. Są tak misternie
wykonane, że boimy się ich dotknąć, aby ich nie uszkodzić.
Podpisane Mową Przed więc nie umiem ich odczytać. Sądzę, że
przedstawiają ważne osoby ze Starej Religii.
Patrzę na sufit i widzę niebo.
A raczej gwiazdy namalowane na
suficie.
Niesamowite.
Ale najbardziej niesamowita jest
wisząca naprzeciw nas płaskorzeźba.
Chociaż po bliższym poznaniu widać,
że to są prawie całe figury. Z drewna, nie wiem jakiego, ale z
najmniejszymi detalami. Stoję od nich ze trzy miary i widzę
wyrzeźbione z oddaniem nawet żyły na rękach, zmarszczki oraz
usta.
Robi wrażenie.
Nagle ciszę przerywają kroki.
Podchodzą do nas w jasnofioletowych
szatach z białymi lamówkami.
Kapłani.
Dają nam w milczeniu sakiewki i
zielone wstęgi. Najstarszy z nich pokazuje nam żebyśmy przywiązali
je do sakiewki. Po chwili wykonują dziwne gesty i kropią nas wodą.
Najstarszy wykonuje po chwili odpędzający gest ręką. Nie za
bardzo wiem czy to początek kolejnego seansu ale gdy widzę, że
inni wychodzą, pośpiesznie do nich dołączam.
Po wyjściu na zewnątrz z ciekawością
otwieram sakiewkę i nieruchomieję ze zdziwienia.
Mała książeczka oraz zestaw nici i
igieł.
Niemożliwe!
Gmeram jeszcze w środku i z ulgą
wymacuję dwie monety.
Srebrne.
No po prostu świetnie-wzdycham.
Patrzę na innych i widzę zarówno
naburmuszone twarze jak i rozradowane. Wzruszam ramionami, niech się
cieszą, dwie srebrne to ani bieda ani bogactwo. Po chwili widzę jak
niektórzy odwiązują wstążkę i ją chowają. Ja ją zostawiam.
Przecież nie daliby jej gdyby nie była potrzebna, prawda? Chociaż
muszę przyznać, że to najbrzydszy odcień zielonego jaki
widziałam. Do tego tak jakby się świeci. No cóż. Najpierw trzeba
znaleźć nocleg, potem się umyć, tak to najważniejszy punkt na
mojej liście bo po tygodniowej podróż śmierdzę niczym galazo. I
jeszcze trzeba zobaczyć co jest w tej książeczce. Tak zmotywowana
ruszam na poszukiwania gospody.
Okrąża Rynek i wchodzi w jedną z
ulic. Tabliczka jest zatarta ale w powietrzu czuć tak dobrze jej
znaną woń świeżego pieczywa. Prawie wszystkie budynki to
piekarnie i cukiernie.
Podchodzi do jednej z witryn i widzi
czekoladowy tort ozdobiony marcepanowymi różyczkami w złotym
odcieniu. Obok stoi różowy tort, prawdopodobnie truskawkowy, cały
lukrowany. Na ten widok cieknie jej ślinka. Do tego jeszcze ten
zapach. No nie może! Po prostu musi coś kupić!
Weszła budząc jednocześnie odgłos
dzwoneczka oznajmiającego jej przybycie.
W całym pomieszczeniu czuć było
słodki zapach.
Przy ladzie stał trochę więcej niż
tęgi jegomość w średnim wieku, ubrany w fartuch poplamiony
różnymi rodzajami ciast i barwnikami. Właśnie dekorował bratkami
białe ciasto.
- Dzień dobry! -przywitał ją
przyjaznym, miękkim głosem. Wytarł ręce w fartuch (I dziwić się,
że taki brudny!) i wyciągnął przed siebie.
- Dzień
dobry - odpowiedziała i uściskała podaną jej dłoń.
- A co panienka tu robi? - spytał
zaciekawiony. Po chwili zmarszczył nos ale nic nie powiedział. Była
mu za to wdzięczna i jednocześnie wpadła na pomysł jak szybko
znaleźć dobrą gospodę.
- Poszukuję noclegu ale jestem tu
nowa i nie wiedziałam gdzie pójść najpierw, a potem... No
cóż...- uśmiechnęła się - zaczarowały mnie te wspaniałe
zapachy dochodzące z tej ulicy, a gdy zobaczyłam te arcydzieła -
wskazała ręką na witrynę - poczułam olbrzymią pokusę na coś
pysznego.
Uśmiechnął się mile połechtany
komplementami.
- Może mogę ci pomóc - zaciekawiona
nadstawiła ucha - ale najpierw zapraszam na rogaliki z marmoladą!
Właśnie będę je wyciągał z pieca - ruszył żwawym krokiem na
tyły cukierni.
Podążyła za nim. Bo cóż innego
mogła zrobić?
- Wspaniałe - wzdycham sięgając po
filiżankę z herbatą i z żalem patrząc na pusty już talerz po
rogalikach.
- Dziękuję - odpiera Barney
rumieniąc się lekko. Zauważyłam, że pochwały zawstydzają tego
miłego pana ale też, że je bardzo lubi.
- Mówił pan...- zaczynam delikatnie
odstawiając naczynie na spodek.
- Że mogę ci pomóc - dokańcza. No
tak, wpadanie w słowo do pierwsza wada jaką u niego poznałam.
- Tak - stwierdzam po prostu i czekam,
aż zacznie.
- No więc tak... Czy zechciałabyś
tu pracować?
W mojej głowie pojawiają się słowa
babci:
„Pracę musisz znaleźć jak
najszybciej, bo bez pracy nie ma pieniędzy a bez pieniędzy nie ma
jedzenia. Bez jedzenia nie ma... no tu już nie muszę chyba nic
dodawać moje dziecko...”
- Hmmm... - W sumie... czemu nie? Nie
wiadomo kiedy znalazłabym pracę a ta spada jak gwiazdka z nieba pod
moje nogi. No właśnie, pod moje... Czy mam prawo mieć takie
szczęście? Wiele razy w życiu mówiono mi żebym nie ufała obcym.
Chociaż on robi na mnie miłe wrażenie. Ale czemu...
- A z jakiego powodu oferuje mi pan
pracę? - Uśmiecha się jakby doceniając moją nieufność.
- Ponieważ wiem, że dla was, nowych
– wskazuje na wstążkę przy sakiewce – priorytetem jest
zdobycie pracy. Dlatego co roku ją wam oferuje. W moim zakładzie
pracowało już dziewięciu „świeżych” – unoszę brwi na to
nowe określenie – a dwóch z nich zostało po roku moimi
czeladnikami. Jeśli się zgodzisz poznasz jednego.
- To dziś go nie ma? - pytam
rozglądając się. Może gdzieś się schował?
- Nie – śmieje się widząc moje
zainteresowanie – ma dziś wolne jak co miesiąc – dodaje jakby
od niechcenia, ale doskonale zdaję sobie sprawę, ze chce mnie
przekonać.
- Mogę się zastanowić – zaczynam
- ale jakie jest wynagrodzenie? - uśmiecha się szeroko:
- Jeżeli tylko to jest barierą... Na
początek dziesięć miedziaków dziennie bo jesteś początkująca
ale po miesiącu dobrze wykonanej pracy, jeśli się spiszesz to
nawet trzynaście miedziaków.
Mrugam oczami przyswajając dopiero co
zdobyte wiadomości. Dziesięć brązowych na miesiąc... I to na
początek...Nawet, nawet. Uśmiecham się zadowolona. Ale nie dam mu
takiej satysfakcji, niech nie myśli, że zbyt pochopnie podejmuję
decyzję.
- Muszę się jeszcze zastanowić –
wybucham śmiechem się na widok jego zmartwionej miny – ale jutro
rano dam panu znać.
- Dobrze ale nawet jeśli nie będziesz
tu pracować masz się zwracać do mnie po imieniu – zastrzega.
- Dobrze proszę... - kiwa palcem ale
ma rozbawioną minę – Dobrze Barney`u – wydaje się
usatysfakcjonowany. Zbieram się do wyjścia – a ile za rogaliki i
herbatę? - pytam przy drzwiach. Macha ręką.
- Nic – protestuję ale on mówi –
zawsze częstuje „świeżych” - puszcza oko.
- Gospoda „Pod Krukiem”! - kiwam
głową w podziękowaniu i wychodzę.
Gospodę „Pod Krukiem” nie łatwo
było znaleźć ale udało się. Po drodze sprawdziła ceny w innych
gospodach i ta nie była zbyt wygórowana. Nawet miała prywatną
łaźnię co od razu przypadło jej do gustu.
- Dziewięć miedziaków za noc do
tego wliczony podwójny wstęp do łaźni i trzy posiłki dziennie.
- Siedem i dwa posiłki.
- Osiem i pół.
- Osiem, do tego w miarę moich
możliwości mogę pomóc w obsłudze gości – dodaje wiedząc, że
gospodyni się skusi. I miała rację.
- Może być – gospodyni wyciągnęła
rękę – opłata z góry – spojrzała na nieznajomą z nieufnym
wyrazem twarzy, który znikł na widok monet.
- Na miesiąc to będzie osiem
brązowych, prawda? - spytała wyciągając srebrną monetę.
Właścicielka popatrzyła na nią z iskierkami w oczach.
- Na trzy miesiące z góry mogę
zaproponować dwadzieścia trzy.
- Z chęcią – dziewczyna dała jej
srebrnego i otrzymała resztę.
- Witam w gospodzie „Pod Krukiem”
Rozglądam się po moim pokoju.
Mieści się w nim łóżko, szafka i
stolik. Po wewnętrznej stronie szafy znajduję lustro. Dobrze,
przynajmniej będę wiedziała jak wyglądam. Uśmiecham się do
odbicia. Lecz po chwili rzednie mi mina gdy widzę w jakim stanie są
moje włosy. Przejeżdżam po nich dłonią próbując je przygładzić
ale nic z tego. Misternie upleciony kłos z moich długich,
ciemnobrązowych włosów zamienił się w postrzępiony warkocz. Do
tego sterczą mi na wszystkie strony.
Ech. No muszę się wykąpać.
Schodzę z płaszczem kąpielowym i
domowym mydłem o zapachu lawendy. Muszę się odprężyć po
pięciodniowej podróży do miasta.
Gdy wchodzę do łaźni widzę
pośrodku basen. Pewnie z chłodną wodą. Dookoła znajdują się
mniejsze baseniki, znad których unosi się para. Do tego do
dyspozycji mam parawan dzięki, któremu zyskuję trochę
prywatności. Widzę jeszcze miskę z szarym mydłem i stos czystych
ręczników. Obok jest wiklinowy kosz. Prawdopodobnie na brudne.
Biorę jeden i zasuwam parawan.
Wchodzę do rozkosznie gorącej wody i
patrzę po wnętrzu. Ściany są z cegieł, ale podłoga jest już z
ułożonych kolorowych kamyków. Próbuję dostrzec jakiś wzór ale
nic nie widzę.
Namydlam włosy i dookoła rozchodzi
się przyjemny dla nosa zapach.
Nie żałuję mydła bo wiem, że w
pokoju mam jeszcze całkiem spory zapas o różnych zapachach.
„Prawdziwa dama ma mydła o różnym
zapachu, dla różnych nastrojów. Na przykład lawenda jak wiesz
jest odprężająca a pomarańcza pomoże ci zacząć nowy dzień w
dobrym nastroju.”
Oczywiście oprócz
pomarańczy i lawendy są jeszcze o woni maliny, aloesu i wielu
innych. Szczerze mówiąc to nie wiem dokładnie co mam w jukach.
Dostałabym za to sporą burę od matki. Chociaż ciekawe jest jakim
sposobem mi tego wszystkiego nie skonfiskowali?
Podczas gdy ja
miałam trzy sakwy, reszta miała po co najwyżej dwie. A wiadomo
przecież, że nie wolno przywozić dużej ilości rzeczy ze sobą...
Moje rozmyślania
przerywają głosy zza parawanu:
- A słyszałaś,
że jakiś Świeży – czuję się jak owoc – obrabował
Jeremiego?
- Tak, a ty
słyszałaś, że zamierzają go odesłać?
- No coś ty!
Pierwszego dnia? - Pierwsza ma głos pełen niedowierzania..
- Sama słyszałam!
- Druga z zapałem mówi dalej: - Podobno zostały wprowadzone nowe
zasady, które ZOSTAŁY wpisane do Księgi.
- Oni chyba nigdy
się nie nauczą, że najpierw wartowałoby do niej zajrzeć niż
robić głupoty na samym początku – rzekła oburzona. Po chwili
słychać chichot.
- A... a pamiętasz
jak ty poszłaś...- śmiech – w audiencję do Najwyższego … bo
… bo... - drugi wybuch śmiechu. Niestety nie słyszałam co dalej
bo zasunęły swój parawan i słychać było już tylko stłumione
wybuchy śmiechu i niewyraźne głosy.
Zamyśliłam się.
Muszę przeczytać tą Księgę. Zobaczę czy to ta w sakiewce.
Szczerze mówiąc wydaje mi się za mała ale i tak trzeba sprawdzić.
No bo raczej nie chcę zostać wyrzucona z miasta z byle jakiego
powodu.
Kończę się myć
i zakładam mój fioletowy płaszcz. Włosy zawijam w ręcznik i
suszę je na tyle na ile to możliwe. Potem wrzucam go do kosza. I
idę na górę.
Po drodze mijam
pełną zapachów kuchnię. Mniam. Nawet nie zauważyłam, że już
tak późno. Pewnie zbliża się pora obiadu.
Przebrałam się
beżową koszulę, na którą narzuciłam brązowy kaftan do kolan.
Rajstopy i buty podróżne, które szczerze mówiąc warto by
wyczyścić, co mogę zrobić wieczorem. Patrzę na odbicie i
stwierdzam, że trochę utyłam. To przez te babcine ciasteczka! Bo
przecież niemożliwe, aby to przez te pyszne rogaliki z marmoladą.
No nic. Zakładam pas i przywiązuję sakiewkę. Ten zielony nijak mi
nie pasuje. Idę na obiad.
Jadalnia jest
pełna osób. Znajduję sobie miejsce w kącie, przy małym stoliku.
Mam widok na ladę i drzwi wyjściowe. Po chwili pomocnica kuchenna
wraz z gospodynią wnoszą ogromny kocioł z zupą i wieszają go nad
paleniskiem. Roznosi się boski zapach drażniący mój pusty
żołądek. Rosół. Ślinka mi cieknie do ust. Właśnie tego
potrzebuję. Podchodzę z innymi po miskę i łyżkę i staję w
kolejce.
Po pożywnej zupie
pełnej mięsa i warzyw jest jeszcze drugi posiłek ale nie mam na
niego ochoty. Wychodzę za to na zewnątrz, żeby pozwiedzać miasto.
Dziewczyna
rozglądała się dookoła niepewna gdzie jest. Przecież daleko nie
zaszła! Ruszyła w stronę, z której przyszła, lecz trafiła na
swego rodzaju park. Pośrodku biegła kamienna alejka, wzdłuż niej
ciągnęły się latarnie. Zaczynało się robić późno, więc jak
najprędzej chciała dotrzeć do gospody. Przecież to niemożliwe!
Pierwszy raz się zgubiła! Nigdy nie przydarzyło jej się coś
podobnego! Nawet w lesie w nocy potrafiła odnaleźć prawidłową
drogę! Przeszła jeszcze kawałek i trafiła ma mały plac. Było
jeszcze sporo ludzi robiących ostatnie przed zmierzchem zakupy.
Uspokoiła się i zaczęła pytać o drogę.
- Gospoda „Pod Krukiem”? Nie wiem ale mogę polecić...
- „Pod Krukiem”? Nie... tu w okolicy takiej nie ma, musi być po drugiej stronie miasta.
Drugiej stronie?
Zmieniła pytanie.
- Budynek z dwoma wieżami? Chodzi ci o Stary Dom? - kiwnęła niepewnie głową – To musisz iść tędy – starsza pani wskazała na wąską uliczkę, która bynajmniej zachęcająco nie wyglądała. - Jeśli pójdziesz prosto to za pół godziny trafisz. - Uśmiechnęła się i poszła dalej. No nic.
Szła już z
piętnaście minut gdy ktoś ją popchnął. Zapadał zmrok, więc
mignęła jej tylko ciemna sylwetka.
Błyskawicznie
wymierzyła cios i dobiegł ją stłumiony jęk. Odwróciła się
jednocześnie obserwując otoczenie i posłała postać na ziemię
dzięki kopnięciu w splot słoneczny. Nagle z tyłu, ktoś chwycił
ją za bezrękawnik. Mignął jej błysk metalu. Zapewne nóż.
Prychnęła z pogardą i naparła mocno do przodu wysuwając prawą
nogę dla podtrzymania równowagi. Odpięła pas i kaftan jednym
pociągnięciem. Dzięki ci babciu!
Napastnik
nieprzygotowany i pociągnięty do przodu poleciał na nią siłą
bezwładu, ale obróciła się i wybiła mu nóż z ręki. Kopnęła
broń poza zasięg tamtego i ogłuszyła go uderzając otwartymi
rękami uszy. Padł na ziemię jak poprzednik.
Rozglądnęła się
próbując dostrzec jeszcze kogoś i zauważyła zbliżającą się
grupę. Szybko wyjęła z cholewy buta nóż i przysunęła się pod
ścianę.
Blask pochodni
przybliżał się coraz szybciej a ona uspokoiła się widząc
Strażników. Schowała nóż i czekała wraz z jęczącymi u jej
stóp złodziejami. Była pewna, ze to oni, gdyż mieli obdarte
odzienie, które zauważyła w coraz jaśniejszym świetle.
- Nic pani się nie … - mężczyzna w cywilnym fartuchu zawahał się na widok leżących postaci – stało? - wyjąkał.
- Ci – trąciła butem najbliższego – chcieli mnie okraść. - Założyła ręce i czekała na wypowiedź tamtych.
- Tak właśnie myślałem, że będą chcieli ci zrobić krzywdę, bo śledzili cię już od jakiegoś czasu, więc zawiadomiłem Strażników. - że co? Naprawdę musiała być zmęczona skoro ich nie zauważyła wcześniej. Zadrżała z zimna. Widząc to tamten schylił się i podał jej ubiór, który leżał na ziemi. Założyła kaftan i od razu zrobiło jej się cieplej.
- Dziękuję. A tak w ogóle to od kiedy jesteśmy na ty? - Wyraźnie się zmieszał. Cała twarz wyglądała, szczerze powiedzmy, jak burak. Blond włosy jeszcze to podkreślały. Popatrzyła w jego niebieskie oczy czekając na odpowiedź.
- Jestem Brus... - ale nie zdążył dokończyć.
- Nazwisko? - Spytał się jej szorstko jeden ze strażników. Prawdopodobnie sierżant sądząc po barwach.
- Merbeke – odparła bezczelnym tonem. Natychmiast zauważyła zmianę w postawie Strażników.
- Bardzo przepraszam – kiwnęła głową – zaraz sporządzę raport i odprowadzimy panienkę do... - zamilkł, nie wiedząc dokąd miałby ją zaprowadzić. Wyręczyła go.
- Mam pokój w gospodzie „Pod Krukiem” - powiedziała, że chłopak wyraźnie drgnął przy tej informacji, to dobrze – ale nie potrzebuję eskorty – dowódca nie wyglądał na przekonanego.
- Ale może się panience coś stać... - popatrzyła na niego takim wzrokiem.... Spojrzał na złodziejaszków, potem znowu na nią. Nie, nie wyglądała na kogoś kto potrzebuje ochrony. To raczej ci co ją spróbują podejść będą jej potrzebować. I to bardzo. Kiwnął głową na pożegnanie i wskazał na ziemię.
- Tych dwóch mi do aresztu.
Szli w milczeniu.
Wyraźnie chciał coś powiedzieć ale była już tak zmęczona, że
tego nie zauważyła.
- Lepiej by było dla nich gdyby tego nie próbowali zrobić – odezwał się w końcu.
- Ano lepiej – westchnęła.
Znowu milczenie. W
końcu dotarli do gospody. Było już dobrze po wieczornym posiłku
więc musieli trochę poczekać, aż właścicielka otworzy im drzwi.
Nawet się nie zdziwiła widząc ich o tej porze. Ofuknęła ich
tylko i kazała iść do pokoi. Brus wziął kaganek i wspięli się
razem do góry.
- Który pokój zajmujesz? - spytał.
A co cię to
obchodzi? - odwróciła się nagle z gniewną miną. Była zmęczona
i zła, że już na starcie musiała ujawnić swoje nazwisko. A miało
być tak pięknie! Nikt by nie wiedział kim jest. Wszystko przez
niego. Popatrzyła się na niego z wrogością. Odwróciła się na
pięcie i ruszyła do drzwi. Już było jej wszystko jedno, że
będzie wiedział, które to są jej. Stanęła i zaczęła szukać
klucza. Światło nie znikło więc się spojrzała w jego stronę. Z
zaskoczeniem stwierdziła, że ma pokój na tym samym piętrze.
Popatrzył na nią.
- A zdradzisz chociaż imię?
- A nazwisko ci nie wystarczy? - odparła opryskliwie, mając nadzieję, że go spławi. Pokręcił przecząco głową. Cóż za tupet! Zrezygnowana przekroczyła próg. Bynajmniej nie zamierzając dzielić się imieniem.
Weszła szybko do
środka i zamknęła drzwi na klucz i zasuwę. Niewiarygodne co może
się zdarzyć w ciągu jednego dnia! Wyczerpana doszła po ciemku do
łóżka. Od razu zasnęła.
Na razie tyle... Jeśli ktokolwiek to przeczyta to następny rozdział wstawię 25 września br.
/Shanirizi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz